W kuchni bez dubli

Inspirowane podróżami

  • piątek, 21 czerwca 2013
    • Frytki, śledzik i ?

      Czyli na śniadanie, obiad, deser i kolację – AMSTERDAM!

      Amsterdam

      Trochę potrwało, nim udało mi się w końcu zabrać do opisania Wam pewnego weekendu, no może takiego dłuższego weekendu, bo od czwartku do niedzieli. Jaki zgotował mi mój kochany małżonek. Sama chciałam niespodziankę, bo kocham takie niespodzianki wyjazdowe. Bez znaczenia czy wiem, że jadę, ale nie wiem gdzie, czy też…staję przed faktem, że już jestem w drodze gdzieś, nieświadoma w ogóle, że zostałam „porwana”. Ubóstwiam też do granic możliwości nasze wyjazdy, bo zawsze ale to zawsze wiążą się z jedzeniem. Właściwie mniej ważne dla mnie jest miejsce docelowe, ważne jest dla mnie co tam będę tam jadła i co zobaczę. Wszelkie diety idą w zapomnienie i jakoś nie jest mi z tym, na czas wyjazdu, szczególnie źle. A już wybitnie fajne w tych naszych „gastropodróżach” jest to, że z założenia szukamy do jedzenia wszystkiego co lokalne, co trendy w danym regionie, coś czego nie powstydziłby się tzw. „lokals” na swym własnym stole. I zaskoczeniem dla Was pewnie nie będzie fakt, że jako pierwszych szukaliśmy frytek.

      frytkiNiby nie trudno je znaleźć, ale chodziło o te najlepsze, te naj, naj z których Holandia słynie. Przy drugiej próbie się udało, choć i te pierwsze były zupełnie niezłe. Złociste, chrupiące z zewnątrz i miękkie, pyszne w środku. Świeżo obierane ziemniaki, pokrojone w grube, podłużne paski. Są inne niż te nasze, kompletnie inne niż te w popularnych sieciach fast food, zapewne z powodu dwukrotnego smażenia. Właściwie trudno opisać, trzeba spróbować. Koniecznie z dużą ilością majonezu, choć do wyboru sosów masa, szczególnie w „VelminckX” nazwy ulicy niestety nie pamiętam, ale znajdziecie, wystarczy popytać na około. Podejrzewam, że nawet turyści wskażą Wam właściwą drogę. A po frytkach – śledź. Ze znalezieniem dobrego właściwie nie ma problemu, białe budki „śledziowe” z napisem Heringhandel rozsiane są po centrum jak mlecze na polskich łąkach. Do wyboru z cebulką i ogórkiem (o smaku zgoła innym, niż nasze kiszone czy konserwowe, dodatkowo kolor bardziej soczysty, wręcz żarówa, bo z dodatkiem curry lub czegoś podobnego). Opcja w bułce, tu najczęściej zwykła, maślana, podłużna bułeczka jak do hot-dogów. I kolejne zaskoczenie, podobnie jak przy frytkach, których smak każdy z nas zna. Śledzie są maślane, delikatne – pyszne! Choć jestem „śledziarą” i jadłam już w różnym wydaniu, te były dla mnie nowym odkryciem smakowym. Nie były zbyt słone, wręcz niejeden pewnie złapałby za solniczkę, niezbyt rybne i daleko inne niż dostępne u nas śledzie a’la matias. Czyżbyśmy mieli okazję jeść prawdziwego, dziewiczego matiasa? Prawdopodobnie, bo i okres odpowiedni (matiasy łowi się przed tarłem, czyli tylko w maju i czerwcu) i miejsce idealne czytaj Holandia (oprócz Niemców jeden z głównych poławiaczy dziewiczego śledzia czyli matiasa na Morzu Północnym).

      AmsterdamAle być w Holandii i nie jeść serów ktoś by spytał. Ależ tak być nie może, nie dość że jedliśmy to i do domu z nami dojechały dorodne krążki złotego przysmaku, choć niejedna do żółto-złotego koloru miała daleko, bo była np. z dodatkiem pesto. Gouda w wydaniach nastu, z chili, wspomnianym pesto, z truflami i całej masy innych pyszności. U Henri’ego Willig’a wybór taki, że głowa mała, nie mówiąc o kieszeniach(te stanowczo za małe) i torbach. Oprócz serów znajdziecie różnego rodzaju powidła, dżemy, musztardy i inne dodatki nie tylko do serów. A jak już człowiek pojadł to i wypiłby coś. Piwosze uratowani, bo piwa podobnie jak u nas Grolsch i Heineken co krok, ale i belgiski Palm, z lokalnych Amstel, Texels czy bardzo ciekawy, trochę dziwny Op&Top (idąc za info z  smaki-piwa.pl) piwo z trzech rodzajów chmielu  górnej fermentacji (to nam powiedziano na miejscu).

      jeneverOprócz złocistych, bąbelkowych napitków szczególnie ciekawym było bliższe poznanie się z jenever. Czyli tradycyjnym holenderskim ginem, a gin to my bardzo, bardzo. Chociać my gin to znaliśmy zupełnie inny i znów zaskoczenia na naszych twarzach! Cóż to? Dobre to! Ale gdzie to się ma do „naszego” lubego? Ano produkowane z jałowca, choć o strukturze likieru, gęsty, koniecznie schłodzony i czysty, bez toniku. Zgodnie z rekomendacją miejscowych popijaliśmy tzw. Jonge jenever. Ponoć lokalsi popijają go piwem, ale wiąże się to z ryzykiem, że głowa i cała wasza reszta może nietęgo wspominać wieczory w dzień po.

      O targowiskach z kwiatami pisać nie będę, choć odwiedziłam, zobaczyłam i co nie co cebulek amarylisów, tulipanów i innych zakupiłam, bo to przecież nie blog florystyczny. O „kawowych sklepach” pisać nie będę, mimo, że co drugi przybytek takowym w centrum jest, a to nie blog o „kawie” J

      No i dość już o jedzeniu w Amsterdamie, bo wpis i tak przydługi. Dość o frytkach, których namiastki będę szukać w stolicy (sprawdzę na ile się one mają do amsterdamskich), dość o jeneverze, którego nikt mi dziś na dobranoc nie poda…bośmy zapomnieli kupić butelczyny, dość o matiasach, których próżno tu szukać. Wam za to polecam Amsterdam na śniadanie, obiad, deser i kolację!   

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      bocado
      Czas publikacji:
      piątek, 21 czerwca 2013 09:03

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi